Wieczorna panika. Tata dzwoni do mnie, że zginął kot. W zasadzie nie zginął, tylko nigdzie go nie ma.
(Codziennie rano tata bierze kota i przynosi do nas, siedzą u nas do 15:00, później idzie do domu. Nie pomagają perswazje, że kot ma siedzieć w domu.)
Właściwie problem jest poważniejszy, bo tata nie pamięta, czy zabrał kota ode mnie, czy nie. I to jest problem. Kot to nie klucze, których wzięcia można nie zauważyć. Nosi go na rękach, przytula, widzi cały czas podczas transportu.
Nie pamięta.
Rzucam wszystko i pędzę z nadzieją, że jednak nie zgubił zwierzaka gdzieś po drodze. Na miejscu wysypuję suchą karmę do miseczki i na ten dźwięk kot się cudownie materializuje.
Ojcu trzęsą się ręce.
no to pa...
7 lat temu
